The Jungle Giants to przykład zespołu, który z każdym rokiem przebija się ze swoją muzyką do szerszego grona publiczności. Wraz z większą popularnością pojawiają się także większe wyzwania. Tym razem postanowiłem przyjrzeć się bliżej ostatniej w dotychczasowej dyskografii zespołu płycie pt. “Love Signs”. Czy krążek z 2021 roku jest najlepszym projektem Australijczyków? Postaram się na to pytanie szczegółowo odpowiedzieć w poniższej recenzji.

The Jungle Giants to prawdziwa kopalnia wakacyjnych hitów

Jakiś czas temu miałem okazję oceniać na blogu płytę “Quiet Ferocity“. To album, który sobie szczególnie upodobałem i uważałem za przykład dobrego współczesnego indie rocka połączonego z elektroniką. Dlatego byłem bardzo sceptyczny, gdy po raz pierwszy zabierałem się za odsłuchiwanie najnowszego projektu. Zupełnie niepotrzebnie, bo The Jungle Giants udowadniają kolejny raz, że ich muzyka nie jest dziełem przypadku. “Love Signs” to płyta składająca się z 10 utworów utrzymanych w charakterze wakacyjnym. Dlatego też data wydania 23 lipca wydaje się być nieprzypadkowa.

Wspomniany wcześniej wakacyjny klimat pojawia się właściwie od pierwszych dźwięków na piosence tytułowej. “Love Signs” to ciekawe połączenie wokali z warstwą muzyczną. Wszystko to okraszone instrumentami dętymi, które stanowią główny motyw w refrenach. Refrenach, które trudno po przesłuchaniu wyrzucić z pamięci. Muszę przyznać, że niemal każda piosenka na tej płycie ma coś charakterystycznego, co przyciąga uwagę. Oprócz łagodniejszych kawałków znaleźć można też sporo muzyki klubowej. “In Her Eyes”, “Sending Me Ur Loving” czy “Heartless” nadadzą się idealnie na każdy klubowy parkiet.

Niemniej jednak moim zdecydowanym faworytem tej 10 rozdziałowej płyty jest “Charge My Phone”. Z pełnym przekonaniem uważam, że jest to dotychczas najlepszy kawałek zespołu. Zarówno chwytliwy tekst jak i pomysł na muzykę sprawia, że chętnie po niego wracam. Trzeba przyznać, że możliwości wokalne Sama Halesa z pewnością nie ustępują trójce braci Gibb z Bee Gees. Wielkie ukłony należą się też osobom odpowiedzialnym za bas, perkusję i całą elektronikę. Wszystko wymieszane razem tworzy wysokiej jakości produkt.

“Love Signs” potwierdza wysoką jakość australijskiego zespołu

Kolejnym plusem jest spójność, o której wspominałem już w poprzedniej recenzji. Tej płyty da słuchać od deski do deski bez jakiejkolwiek chęci pomijania. To solidny materiał, który może iść ramię w ramię z twórczością Metronomy i Tame Impala. Trudno też wskazać mi jakąkolwiek jego piętę achillesową. Słychać na tym krążku ogrom włożonej pracy i super atmosferę pomiędzy członkami zespołu. Mimo tylu pochwał wychodzi ze mnie natura marudy. Uważam, że w zestawieniu z “Quiet Ferocity”, recenzowany album prezentuje się nieznacznie gorzej. Co nie oznacza, że jest to jakikolwiek zarzut. Wręcz przeciwnie! The Jungle Giants kolejny raz postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę i raczej nie zamierzają obniżać lotów.

Ocena: 8/10


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.