Chyba każdy z nas przechodził taki moment w dzieciństwie, gdy obierał sobie za punkt obserwacji ulubionych aktorów, sportowców, muzyków. W przypadku tej ostatniej dziedziny mój wybór padł na postać Timbalanda (Timothy Zachery Mosley), czyli amerykańskiego producenta muzycznego. Tym razem postanowiłem nieco powrócić do przeszłości i po latach odświeżyć sobie najlepszy album z jego dyskografii – “Timbaland Presents Shock Value”.

“Shock Value” to pierwszy album, który zakupiłem

Do dziś pamiętam moment ekscytacji, gdy będąc dzieckiem, udałem się do sklepu w celu zakupienia tej płyty. I choć znałem wówczas może 2-3 piosenki, nie brałem pod uwagę, że pozostały materiał mógłby mnie w jakikolwiek zawieść. W końcu to Timbaland, którego single pojawiają się dosłownie wszędzie. I tak oto nabyłem krążęk, który po latach mógłbym przyznać, że przesłuchałem setki razy. Dlatego też zdecydowałem się sprawdzić, czy po latach “Shock Value” można uznać za dobrą płytę.

Spore wrażenie robi lista zaproszonych gości

Album składa się z 18 utworów i co od razu zwraca naszą uwagę, to fakt, że prawie wszystkie są współpracami z innymi muzykami. Swoją obecność zaznaczyli między innymi: Nelly Furtado, Justin Timberlake, Keri Hilson, Missy Eliot, Dr. Dre, 50 Cent, Nicole Scherzinger, Fall Out Boy, One Republic, a także sam Elton John. Niemniej jednak to tylko część listy zaproszonych gości. Cały projekt z pewnością nie można określić mianem monotematycznego. Różnorodność widoczna jest w zasadzie w każdym kawałku.

Doskonałe single, które wdarły się na szczyty list przebojów

Głównym atutem “Shock Value” są z pewnością single, które okazały się kultowe na miarę pierwszej dekady XX wieku. “Give It To Me”, “Release”, “The Way I Are” oraz Apologize stały się globalnymi hitami. Trzy z nich znajdują się na samym początku płyty, co można z pewnością uznać za mocne otwarcie. Równie charakterystyczne, niczym oklaski Piotra Rubika, stały się wstawki dźwiękowe Timbalanda. I choć teraz mogą bawić do łez, to z pewnością jest to jeden z elementów wyróżniających Amerykanina. Podoba mi się też fakt, że materiał ten jest przystępny dla osób różnorodnych pod względem słuchanych gatunków muzycznych. Przykładem jest obecność rapowego “Come and Get Me”, popowego “Apologize” i nieco bardziej rockowego “One and Only”. Można usłyszeć jak bardzo horyzonty muzyczne Timothy’ego są szerokie.

Nie wszystko na “Shock Value” jest takie kolorowe jak niegdyś

Warto wspomnieć również o mankamentach tej płyty, a tych po latach dostrzegam kilka. W niektórych momentach odczuwam pomieszanie z poplątaniem. O ile przed chwilą chwaliłem za różnorodność, tak na dobrą sprawę w niektórych momentach czuć jej przesyt. Zupełnie nie rozumiem skąd wziął się pomysł na utwór “Bombay”, który utrzymany jest w stylistyce Bollywoodzkiej. Momentami odnoszę wrażenie, że słucham płyty “The Best of…”, która zawiera wszystkie dokonania Timbalanda. Komicznie brzmią teksty, które stawiają Timbo w roli casanovy, króla życia i gloryfikują jego osobę.

To wszystko jednak nie wpływa na finalny odbiór krążka. Nie uważam go jak niegdyś za warty przesłuchania setki razy. Chociaż mimo to bardzo miło wspominam prezentowany album. Ośmieliłbym się powiedzieć, że być może od niego rozpoczęło się moje zamiłowanie do muzyki.

Ocena: 7/10

Zobacz też mój ostatni artykuł: http://www.altermusic.pl/lonely-boys-paradise/


2 komentarze

Zuza · 14 lutego, 2021 o 2:27 pm

Miałam obsesję na punkcie tego numeru z Keri Hilson *.* Ech, te czasy, gdy Timbaland był królem. Doceniam dziś dużo bardziej Loose Nelly Furtado, przy którym dłubał.

Youdeetah · 15 lutego, 2021 o 9:12 am

Lubię czytać takie historie o inspiracjach 🙂 Za Timbalandem nie przepadam, ale wiem, że bez niego nie powstałoby kilka niezłych popowych piosenek 🙂

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *