Islandia to państwo, które mimo małej liczebności posiada wielu uzdolnionych muzyków. Do tego wyjątkowego grona należy zaliczyć grupę Of Monsters and Men założoną w 2010 roku w Reijkiawiku. Zespół wykonujący muzykę indie rock/ indie folk w ciągu dekady od powstania, wydał 3 albumy studyjne oraz 1 minialbum. Pozytywny odbiór w kraju zaowocował wyruszeniem na podbój rynku międzynarodowego. Ta recenzja dotyczyć będzie debiutanckiego krążka zatytułowanego “My Head is an Animal“.

Moją pierwszą stycznością z muzyką tego zespołu był singiel “Little Talks”. Ta skoczna i jednocześnie chwytliwa piosenka podbiła polskie listy przebojów. Szturmem przebiła się do najpopularniejszych rozgłośni radiowych, stając się przy tym wakacyjnym hitem. To bardzo przyjemny, momentami festynowy utwór, który zachwyca swoją prostotą i refrenem, którego trudno pozbyć się z głowy po kilku przesłuchaniach. Być może przepisem na sukces przewodniego utworu z “My Head is an Animal” był towarzyszący mu akordeon. Trudno jednoznacznie stwierdzić, jednak singiel zachęcił mnie do zapoznania się z całym materiałem znajdującym się na płycie.

Bardzo mocna lista utworów pod względem jakości

Muszę przyznać, że decyzja ta okazała się idealną, ponieważ płyta jest prawdziwą kopalnią udanych rozwiązań. Jednym z nich jest wytworzony nastrój, który w ciągu godziny ulega wielu zmianom. Można usłyszeć radość, nostalgię i wiele innych emocji, które wzajemnie się uzupełniają. Dzięki temu album ten, choć alternatywny, to może przypaść do gustu różnym grupom słuchaczy, szukającym czegoś dla siebie. Trzeba przyznać, że debiut Of Monsters and Men posiada wiele mocnych akcentów. Oprócz wspomnianego wcześniej “Little Talks” moją uwagę zwróciły “Dirty Paws”, “Mountain Sound”, “Love Love Love”, “Your Bones” oraz “Yellow Lights”. Zważywszy na to, że album ten składa się zaledwie z 12 piosenek, to można zauważyć jak duża część z nich przypadła mi do gustu.

Wymienione powyżej utwory są na tyle dobre, że mogłyby śmiało znaleźć się za kilkanaście lat na kompilacji the best of tego zespołu. W przypadku “Dirty Paws” mamy do czynienia ze zmianą rytmu i nastroju w towarzystwie klasycznych instrumentów. “Mountain Sound” jest utworem przepełnionym pozytywną energią. “Love Love Love” to z kolei subtelna ballada, a “Your Bones” zachwyca warstwą instrumentalną w refrenie. Natomiast “Yellow Lights” w mojej opinii stanowi świetne zwieńczenie albumu. Szczególnie ten marszowy fragment w towarzystwie dzwonków nadaje uroku wpasowującego się w nastrój płyty.

“My Head is an Animal” to album bez skazy

Trudno mi wskazać cokolwiek, co mogłoby na tym albumie działać na niekorzyść Of Monsters and Men. Może jedynie fakt, że spośród 12 utworów jedynie “Little Talks” przebił się do tzw. mainstreamu. Niemniej jednak trudno winić zespół za to, co się obecnie sprzedaje. Przyznam szczerze, że widzę rozwój islandzkich muzyków na przestrzeni kolejnych albumów, ale wciąż moim prywatnym numerem jeden jest “My Head is an Animal”. Być może wynika to z moich upodobań albo grupa zaliczyła tak mocny start, że wszystko co stworzy, staram się porównywać. Jedno jest pewne, mimo prawie dekady od wydania debiutanckiego krążka, on niczym wino staje się coraz lepszy. Polecam zapoznanie się z nim każdemu, kto nie miał styczności, bo naprawdę warto!

Ocena 9/10

Zobacz też mój ostatni artykuł: http://www.altermusic.pl/natalia-nykiel-origo/


1 komentarz

Zuza · 27 marca, 2021 o 2:17 pm

Trochę ich szkoda, że poza Little talks nie było zainteresowania resztą singli.

Nowy wpis na the-rockferry.pl

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *