Gdyby ktoś zapytał mnie o moją ulubioną płytę, wskazałbym bez wahania „Little Broken Hearts” Norah Jones. I choć jazz i blues prezentowane przez piosenkarkę nie są moimi ulubionymi stylami muzycznymi, to jednak ta płyta i zawarta w niej mieszanka stylistyczna przyciąga mnie jak magnes. Tym razem przyjrzymy się bliżej krążkowi artystki pt. „Day Breaks”.

Każdy kto zna amerykańską wokalistkę z pewnością kojarzy ją z „Come Away with Me”, czyli jej debiutanckim albumem, który zdobył aż osiem nagród Grammy. To sprawiło, że Norah Jones stała się rozpoznawalna na całym świecie, a jej kariera nabrała szybszego tempa. Pokazała, że można odnieść sukces, idąc pod prąd, wbrew panującym trendom. Jednak wszystko to działo się 15 lat temu, a Amerykanka zdążyła  wydać po drodze 4 albumy studyjne.

Powrót do początków

„Day Breaks” to zbiór 12 utworów (podstawowa wersja), które,  jak mówi sama artystka, są „powrotem do korzeni”. Powrót ten zadowoli na pewno sympatyków wspomnianego wcześniej albumu „Come Away with Me”, ponieważ klimat prezentowany w utworach jest bardzo podobny do debiutu. Norah nie eksperymentuje jak przy poprzedniej płycie. Wszystko zdaje się być ze sobą poukładane i dopracowane w najmniejszych szczegółach. Motywem przewodnim jest fortepian i wokal, co nadaje wszystkiemu odpowiedniego charakteru. Ballady „Burn”, „Don’t be Denied” czy kojarzące się mi z klimatycznym barem przy amerykańskiej autostradzie „Carry On” są kręgosłupem tego albumu. Na plus można na pewno zaliczyć „Flipside”. Utwór ten różni się od pozostałych brzmieniem, przypominając klasyczny rock lat 70. i 80. Perkusja podana z wspomnianym wcześniej fortepianem stanowią genialne połączenie. Nie ukrywam, że jest to tylko jeden mały smaczek na tej płycie, co według mnie jest niedosytem. Choć lepsze to niż nic.

Niepowtarzalny amerykański nastrój

Po kilkukrotnym przesłuchaniu wszystkich piosenek najbardziej zaintrygowała mnie tytułowa „Day Breaks”.  Może ze względu na odczuwalną w niej tajemniczość. Pochwała należy się również za „Sleeping Wild”. Utwór z numerem 10 kojarzy mi się z amerykańskim fokstrotem (taniec towarzyski). I nie bez powodu, ponieważ idealnie pasowałby do repertuaru międzynarodowych zawodów tanecznych.  Na koniec otrzymujemy „Fleurette Africane”. Utwór instrumentalny z saksofonem w roli głównej, będący subtelnym pożegnaniem się ze słuchaczem.

„Day Breaks” to prawie pięćdziesiąt minut relaksacyjnej muzyki, idealnej na zimowe wieczory. Płyta ta jest ukłonem w stronę przeszłości i na pewno przypadnie do gustu zwolennikom pierwszego solowego projektu kompozytorki. Nie jest to może rewolucyjny album i nie przekonał mnie tak bardzo jak poprzedni, jednak broni się swoją prostotą oraz głosem Norah. Zachęcam do zapoznania się z tym materiałem.

Ocena: 7/10


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *