Byłem na najlepszym koncercie w życiu. Tak wiem, zdaję sobie sprawę, że pisanie takich osądów w pierwszym zdaniu relacji jest porównywalne z clickbaitowymi tytułami z plotkarskich portali. Tylko trudno nazwać inaczej wydarzenie muzyczne, które okazuje się niezapomniane już w momencie jego trwania. Przejdźmy jednak do sedna. Jeszcze nie tak dawno recenzowałem ostatni album Metronomy pt. “Small World“, czekając na koncert zespołu w Warszawie. To, co wydarzyło się 18 marca, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Odrobina normalności w wyjątkowo trudnym czasie

Nie będę ukrywał, że udanie się na jakąkolwiek imprezę w obliczu tragicznych wydarzeń na wschodzie budziło we mnie wątpliwości. Tym bardziej że cierpienie ludzkie odbywa się tuż za granicą Polski. Argumentem, który przemówił do mnie w kontekście uczestnictwa w koncercie była chęć powrotu, choć na chwilę do znanej mi dotychczas rzeczywistości. Z jednoczesną świadomością tego, że nad wszystkim należy zachować odpowiedni balans. Przyznam szczerze, że chyba nie tylko ja wyszedłem z podobnym założeniem, ponieważ publiczność warszawskiej Progresji zdawała się chłonąć każdy dźwięk. Dla wielu osób obecność Metronomy tamtego dnia na scenie była swego rodzaju katalizatorem. A piosenka “Things Will be Fine” prognozą lepszej przyszłości, pełnej pokoju i szacunku do drugiego człowieka.

Warszawska publiczność wzbudziła sympatię zespołu

Początek przygotowanego przez Brytyjczyków show był prawdziwym rollercoasterem znanych i lubianych utworów. Zaczęło się niepozornie od “Love Factory”, by przerodzić się w prawdziwą listę przebojów. No bo jak inaczej określić zestaw takich kawałków jak “The Bay“, “Corinne“, “Reservoir“, czy “Everything Goes My Way“. Z każdym kolejnym numerem euforia publiczności zdawała się wyłącznie rosnąć. Słowa uznania należy także skierować do samego zespołu. Metronomy zaprezentowali się ze swojej najlepszej strony. Zabawa muzyką, zgranie na scenie i profesjonalizm były na najwyższym poziomie. Odniosłem nawet wrażenie, że polska publiczność przypadła muzykom do gustu.

Po intensywnym początku zespół przeniósł wszystkich do świata muzyki elektronicznej rodem z najlepszych klubów. “Boy Racers”, “Lying Low” oraz “The End of You Too” były prawdziwym popisem instrumentalnych możliwości. Ta przerwa od wokalu pozwoliła mi skupić się na pracy każdego muzyka. Joseph Mount, Oscar Cash, Anna Prior, Olugbenga Adelekan i Michael Lovett wykonują tak dobrą pracę zarówno w studiu jak i na żywo, że pominięcie kogokolwiek z nich byłoby nie na miejscu. Imponujące jest też to, że ich współpraca trwa od 1999 roku, a z perspektywy widza wyglądają na paczkę zgranych przyjaciół. I to przyjaciół, którzy mimo wieloletniej znajomości wciąż mają zapał, żeby dawać słuchaczom to, co najlepsze.

Metronomy gwarancją niezapomnianych przeżyć

Najtrudniejsze w mojej ocenie byłoby wskazanie najlepszego momentu podczas występu. Każdą minutą przed sceną cieszyłem się jak dziecko. Duże wrażenie zrobiły na mnie “Right on Time” i “Love Letters”, choć nie były to do tej pory moje ulubione piosenki z dyskografii zespołu. Po wykonaniu 17 utworów grupa zakończyła koncert, jednak warszawska publiczność nie pozwoliła im poprzez gromkie brawa odejść bez pożegnania. W rezultacie zespół powrócił na scenę i zagrał trzy dodatkowe piosenki. Uważam, że udanie się na koncert Metronomy jest jedną z moich najlepszych muzycznych inwestycji. Inwestycji w emocje do końca życia. Wydarzenia, które wspomina się latami i porównuje do niego kolejne występy ulubionych zespołów. To solidna porcja dobrej muzyki, która daje radość i sprawia, że czas mija wyjątkowo szybko. Z niecierpliwością czekam na powtórkę.

fot. Hazel Gaskin


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.