Styl retro stał się obecnie trendem w wielu dziedzinach życia. Szczególne zaznaczył swoją obecność w popkulturze, gdzie uważany jest za najbardziej obfity okres, do którego powraca się z utęsknieniem. Dużą inspirację tamtymi latami można odczuć na ostatnim projekcie Jessie Ware – “What’s Your Pleasure“. Jeśli chcesz wiedzieć co kryje się za tym krążkiem, to zapraszam na jego recenzję.

“What’s Your Pleasure” to zaskakujący zwrot w karierze wokalistki

Przyznam szczerze, że Jessie Ware nigdy nie była przeze mnie szczególnie doceniana. Jej muzykę znałem jedynie za sprawą najpopularniejszych utworów “Wildest Moments” i “Say You Love Me” pojawiających się w rozgłośniach radiowych. I muszę przyznać, że bardzo pomyliłem się w swojej opinii wyrobionej na podstawie tych dwóch singli. Mylne pierwsze wrażenie zupełnie przewróciła najnowsza płyta Jessie “What’s Your Pleasure”, która brzmi niesamowicie. To jaką przemianę przeszła piosenkarka na przestrzeni czterech albumów wzbudza podziw i szacunek.

Najnowsza płyta zrywa w moim mniemaniu z etykietą delikatnej, eterycznej wokalistki i nadaje jej nieco więcej intrygującego charakteru. Jessie Ware w połączeniu z brzmieniem syntezatorów, to jak zestawienie dwóch odmiennych światów, które razem zgrywają się świetnie. Dlatego też przesadą nie byłyby porównania do Róisín Murphy. Przede wszystkim “What’s Your Pleasure” czerpie wiele inspiracji z muzyki elektronicznej lat 80., przez co doskonale pasuje do tamtej ery. Największe uznanie wzbudziło we mnie świetne otwarcie albumu. Na start otrzymujemy “Spotlight” wprowadzający nas w klubowy nastój. Tuż po nim cztery kawałki (“What’s Your Pleasure”, “Ooh La La”, “Soul Control” oraz “Save a Kiss”), które sprawdziłyby się jako tło niejednej domówki.

Krążek ten wyróżnia się różnorodnością pod względem stylistyki

W kolejnych utworach otrzymujemy chwilę wytchnienia. Działa ona w przypadku tej płyty bardzo pozytywnie i dla ogólnego odbioru jest niezwykle kojąca. Spokojny nastrój nie utrzymuje się do końca, ponieważ przełamuje go “The Kill, będący mrocznym punktem w albumie Jessie Ware. Dużo w nim industrialnych elementów, które stanowią świetny kontrast dla ciepłego głosu piosenkarki. Słychać przemyślaną koncepcję i szeroki wachlarz możliwości wokalnych ze strony Brytyjki. Nie spodziewałem się dotychczas, że jest ona w stanie tak bardzo dostosować się do różnorodnej stylistyki.

Biorąc pod uwagę, to jak dobrze poukładane jest “What’s Your Pleasure“, ciężko się do czegokolwiek przyczepić. To krążek, który chce się wielokrotnie odtwarzać niczym ulubiony film. Jessie Ware wzbiła się na wyżyny kreatywności, zdzierając dotychczasowy wizerunek piosenkarki od ballad. Da się odczuć, że taka forma jej w pełni odpowiada. Z pewnością nie mamy do czynienia z płytą bez wyrazu, czego dowodem jest kilka przebojów, które ją napędzają. Piosenkarka podobnie jak Dua Lipa za sprawą “Future Nostalgia” potwierdza, że śmiało odnalazłyby się 40 lat temu w przemyśle muzycznym. Prezentowany album jest jak do tej pory najlepszym materiałem, który zaprezentowała Ware. Jednocześnie rozbudza apetyty na kolejne projekty. Polecam go każdemu, szczególnie tym osobom, którym podobnie jak mi było dotychczas nie po drodze z muzyką od Jessie Ware.

Ocena: 9/10

Zobacz też mój ostatni artykuł: http://www.altermusic.pl/balthazar-fever/


2 Komentarze

Zuza · 27 września, 2020 o 3:29 pm

Każdą z tych piosenek widzę na swojej imprezowej playliście. Świetne, taneczne dzieło.

Nowy wpis na http://the-rockferry.pl

Piotrek (muzyka na kółkach) · 30 września, 2020 o 4:56 pm

Nie przypuszczałem, że Jessie Ware będzie robić muzykę w takich klimatach. Szczerze powiedziawszy, podoba mi się. Zresztą jestem fanem syntezatorowych brzmień 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *