Do napisania recenzji na temat “Running Days” podchodziłem z dużym dystansem. Tak dużym, że nawet teraz pisząc ją nie jestem w stanie powiedzieć, czy moje przemyślenia na temat tej płyty będą obiektywne. I nie mówię tego dlatego, że ta recenzja jest jakaś przełomowa. Po prostu “Running Days” to jedna z tych płyt, której obecność zestawia się z danym okresem w swoim życiu. Dlatego też poznajmy ją bliżej!

Pierwszą styczność z projektem J. Bernardt, za którym stoi wokalista zespołu Balthazar Jinte Deprez, miałem w momencie ogłoszenia koncertu w krakowskiej Alchemii, w 2017 roku. Choć nie udało mi się zdobyć bilety na ten koncert, to przyznam szczerze, że sięgnięcie po ten krążęk było bardzo dobrą decyzją.

Debiutant z bogatym doświadczeniem

“Running Days” to debiutancki album belgijskiego muzyka. Trzeba przyznać, że jak na pierwsze kroki w solowej karierze, to bardzo przyzwoity debiut. Ogromną zaletą jest zupełnie inny styl muzyka, niż ten prezentowany na dotychczasowych płytach Balthazara. W moim odczuciu to bardzo istotne, aby nie odcinać kuponów przez tworzenie ciągle podobnych rzeczy. Pierwsze co czułem po zapoznaniu się ze wszystkimi utworami, to chęć ponownego ich odtworzenia. Klimat jaki temu towarzyszy nie można uznać za szablonowy. Słychać przede wszystkim hipnotyzujący wokal, dużo partii klawiszowych i zabawy elektroniką, choć ta używana jest rozsądnie.

Wisienką na torcie tego projektu jest utwór “Wicked Streets”, który według mnie stanowi połowę jego sukcesu. Ta piosenka jest na tyle magnetyczna, że tak jak wcześniej wspomniałem “podpisuję nią” wiele wydarzeń ze swojego życia. Warto także zapoznać się z “The Question”, czy też “My Own Game”, które udowadniają jak wiele barw ma płyta.

“Wicked Streets” – wizytówką albumu

Gdybym miał się do czegoś przyczepić przy swojej ocenie, to pewnie do tego, że cały krążek opiera się głównie na jednym wyróżniającym się singlu “Wicked Streets”. Nie uważam, że jest to jakiś szczególny problem, tym bardziej, że pozytywnie odbieram całą płytę. Niemniej jednak dwa mocne single zachęcające do sprawdzenia pomogłyby bardziej w promocji albumu.

Podsumowując, “Running Days” przypadnie do gustu każdemu kto lubi chilloutowe brzmienia. Dużo w niej spokoju i co najważniejsze dobrej muzyki. Polecam każdemu kto jeszcze nie miał okazji się z nią zapoznać lub nie miał pojęcia o projekcie Jinte Depreza.*

*Uwaga! Album może uzależnić, czego jestem doskonałym przykładem. 😉

Ocena: 8/10


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *