Opadły już pierwsze emocje związane z wydanym przez Coldplay albumem Everyday Life. Dlatego też postanowiłem się zmierzyć z tym materiałem i napisać jak najbardziej obiektywną według mnie recenzję. Wspominam od razu o byciu obiektywnym, ponieważ obserwuję uważnie poczynania zespołu od wielu lat ze względu na sympatię do niego. Tym razem będzie to słodko-słona opinia.

Oczekiwania na miarę legend

To, że Coldplay potrafi zaskakiwać, wie chyba każdy, kto kiedykolwiek interesował się brytyjską grupą. Wielkie trasy koncertowe, miliony sprzedanych płyt, przerwy w działalności i zmiana stylów. Podobnie jak o opinii, że Coldplay od pewnego czasu zatracił ten poziom z pierwszych płyt. Po kultowych już albumach “Parachutes”, czy chociażby “A Rush of Blood to the Head”, muzycy stali się zakładnikami własnych pomysłów. I nie chodzi tu o rozwój zespołu, który widać po komercyjnych sukcesach ostatnich płyt, a jedynie o ukłon w stronę fanów bardziej rockowego grania.

Będąc na PGE Narodowym podczas koncertu Coldplay w 2016 roku, odniosłem wrażenie, że ten zespół wciąż ma ogromny potencjał, aby zrobić coś bardziej przełomowego, niż kolejny radiowy album z dwoma singlami zapętlanymi co godzinę w każdej stacji radiowej. Tym bardziej że samo widowisko było fenomenalne i godne polecenia każdemu. Dlatego też, kiedy dowiedziałem się o premierze nowej płyty, z niecierpliwością czekałem na pierwsze single. Mając szczególnie na uwadze, że album zapowiadano jako w połowie eksperymentalny, a w połowie taki do przewidzenia.

Koncepcyjny chaos

Zacznę najpierw od tej pierwszej “rewolucyjnej” części. I muszę przyznać, że tam jest tak naprawdę duży bałagan. O ile oniryczne intro “Sunlight” jeszcze potrafię jakoś wybronić, bo ono jest wprowadzeniem do tego albumu, tak zamysłu muzycznego na “WOTW / POTP” i zupełnie nie rozumiem. Do tego jeszcze dochodzą gospelowe “BrokEn”, orientalny “Church” i chóralne “When I Need a Friend”, po których zaczynam się zastanawiać, czy nie odtwarzam losowej playlisty na Spotify. Nie są to złe kompozycje, ale słuchając tego na jednym albumie, odczuwam chaos.

Po tych gorzkich słowach, czas na odrobinę słodyczy. Bardzo podobają mi się na tej płycie trzy piosenki. “Trouble in Town”, “Daddy” i “Arabesque”. Pierwsza z nich urzekła mnie zmianami nastrojów, rytmu i potęgowaniem napięcia do samego końca. Uważam, że to najlepsza oznaka, że Coldplay potrafi zrobić coś wyjątkowego. “Daddy” to ballada na miarę albumu “Ghost Stories”. Piękna i wzruszająca kompozycja o dziecku, które potrzebuje ojcowskiej obecności. Ostatni element pozytywnego zaskoczenia wywołuje u mnie “Arabesque”, czyli utwór z motywem gitar i saksofonów zupełnie niepasujący do charakterystyki zespołu. Ten eksperyment uważam za udany, a zaproszenie do współpracy przy nim Stromae za ciekawe posunięcie.

“Orphans” wizytówką albumu

W ten oto sposób dotarłem ze swoimi przemyśleniami do drugiej części albumu. A zaczyna się od najgorszego pod względem muzycznym utworu “Guns”, który brzmi bardzo nijako. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej części nie wiem jak odnieść się do “Èkó” i “Old Friends”, które po prostu są i nie wywołują we mnie wielkich emocji. Szkoda też “Bani Adam”, czyli krótkiego instrumentalnego utworu, który w połowie zmienia się recytację perskiego wiersza dotyczącego ludzkiego cierpienia. I o ile doceniam przesłanie, z którym wychodzi Coldplay, o tyle szkoda tej połowy pięknej kompozycji poprzedzającej monolog.

Po drugiej części moich wywodów opowiem teraz o plusach. A tych wyróżnić mogę kilka. Po pierwsze, mocnym elementem tego albumu jest singiel “Orphans” odnoszący się do ofiar syryjskiej wojny domowej. Piosenka ta jest typowo komercyjną pozycją i dobrze to prezentuje ciągłe odtwarzanie jej w stacjach radiowych. Kolejną zaletą są utwory “Cry Cry Cry” i “Champion of the World”, które brzmią bardzo lekko i przyjemnie się ich słucha. Cały album puentuje równie spokojna tytułowa piosenka “Everyday Life”, którą doceniam za linię melodyczną.

“Everyday Life” nie jest złym albumem, nie jest też dobrym

Ósmy album studyjny Coldplay to mieszanka emocji. I jeśli planem grupy podczas tworzenia, było zaskoczenie słuchacza, to na pewno w pewnym stopniu to osiągnęli. Ponadto, zespół angażuje się mocno w tematy społeczne, czego przekrój otrzymujemy w tekstach. Niestety “Everyday Life” nie jest krążkiem, który zwalił mnie z nóg i zaspokoił pokładane w nim moje nadzieje. Jest wciąż etapem budowy czegoś, co być może już nigdy nie nastąpi. Mowa tu o inspiracji pierwszymi płytami i wpleceniu je w obecną rzeczywistość. Album ten ma momenty i wychodzi czasem poza pewne ramy przewidywalności, by ponownie w nie wejść i zakopać się. Nie chcę wyjść na naczelnego krytyka zespołu, tym bardziej że pisząc ten tekst, staram się być obiektywny w stu procentach. Problemem w moim odczuciu nie jest wypalenie się lub brak umiejętności, ale duża zachowawczość. Pozostaje więc czekać na kolejny krok zespołu z nadzieją na ciekawszą koncepcję.

Ocena: 6/10

Zobacz też mój ostatni artykuł: LINK


2 Komentarze

Iga · 29 listopada, 2019 o 12:19 pm

Świetny temat bloga. Czekam na kolejne posty 🙂

    altermusic.pl · 29 listopada, 2019 o 12:22 pm

    Dziękuję 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *