Nic tak nie skłania człowieka do przemyśleń jak obcowanie z naturą. Każdy z nas ma swój azyl, bądź stara się go znaleźć. Pomocą w szukaniu może być np. płyta Bonobo „Migration”. Wszystkich zainteresowanych podróżą po świecie przyrody i nieodkrytych kultur zapraszam do przeczytania poniższej recenzji.

Bonobo (a właściwie Simon Green) to angielski kompozytor muzyki elektronicznej, przez wielu uważany za rozdającego karty w muzycznym stylu downtempo. Jak wiadomo, tytułów ludziom nie nadaje się bez powodu. więc postanowiłem to wszystko sprawdzić, przesłuchując jedenasty album muzyka.

W pogoni za tym co nieodkryte

„Migration” to płyta składająca się z 12 utworów, które śmiało można porównać do wycieczek po świecie. Każda z nich przenosi słuchacza do zupełnie nowej historii. Mimo tej odrębności cały materiał tworzy jedną spójną całość. Krążek otwiera tytułowy utwór, w którym na pierwszym planie słychać dźwięki natury w połączeniu z kobiecym wokalem. Natomiast całe tło wypełnia rytm nadawany przez perkusję. Po dosyć intrygującym początku czeka na nas „Break Apart” czyli współpraca z duetem Rhye. Jest to delikatna, senna kompozycja, pozostająca poniekąd w klimacie wcześniej opisywanego otwarcia. Czuć w tym wszystkim wyczucie smaku, a przede wszystkim panujący spokój. Kolejnym przystankiem jest „Outlier”. Taneczny kawałek ozdobiony elektroniką, do której zdołał nas przyzwyczaić Bonobo w poprzednich albumach.

Słuchając „Grains” za każdym razem nasuwało mi się jedno skojarzenie- James Blake. Utwór ten tak bardzo przypomina mi o płycie „Overgrown” Brytyjczyka, że mógłby się tam według mnie znaleźć i naprawdę nic nie stałoby na przeszkodzie w ogólnym jej odbiorze. „Second Sun” to instrumentalna ballada. Swoją prostotą potwierdza zasadę, że nie trzeba używać żadnych słów, aby stworzyć  piękny obraz. W tym wypadku obraz pełen refleksji. „Surface” czyli duet z Nikole Miglis to pierwsze moje zastrzeżenie. O ile piosenka sama w sobie nie jest zła, to odnoszę wrażenie, że powoli zaczyna się granie na „jedno kopyto”. Niemal cały czas panująca nostalgia staje się dla mnie lekkim dyskomfortem.

Powrót do korzeni

Drugą połowę „Migracji” rozpoczyna „Bambro Koyo Ganda” czyli muzyka plemienna okraszona lekką elektroniką. Uważam to za mały zwrot akcji, w stosunku do tego o czym do tej pory opowiadałem. Etniczne rytmy kierują nas w nowe miejsce gdzie czeka „Kerala”. Utwór, którego motywem przewodnim wydaje się być instrument na wzór ukulele lub mandoliny. „Ontario” to ukłon w stronę kultury azjatyckiej. Słuchając tego kawałka możemy się przenieść na prawie cztery minuty do jednej z dzielnic Tokio czy innego zakątku wschodniej cywilizacji. Nadszedł czas na „gwóźdź programu”. Duet z Nickiem Murphym (znanym również jako Chet Faker”) to najlepsza kompozycja tego albumu. Tajemnicza melodia oraz australijski wokalista wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że w dniu premiery tego singla, przez prawie dwie godziny, nic innego poza „No Reason” nie leciało z moich z głośników.

Następnym w kolejce jest „7th Sevens” i być może znowu się czepiam, ale  już coś podobnego na tej płycie słyszałem. Wróciłem kilka utworów wstecz i dostrzegłem spore podobieństwo do „Outlier”, co utwierdza mnie trochę w przekonaniu, że album mimo wielu pozytywnych stron bywa monotonny. Na zakończenie muzycznych wojaży poznajemy „Figures”,  spokojną piosenkę która jest muzyczną kropką postawioną przez Anglika w swoim dziele.

Podsumowując, „Migration” to dobra płyta. Może nie odbieram jej z tak wielkim entuzjazmem, jak poszczególni krytycy muzyczni, ale kilka utworów wywarło na mnie pozytywne wrażenie. I choć przeszkadzała mi lekka monotonia, to w ciągu godziny stałem się podróżnikiem zwiedzającym nieodkryte i odległe do tej pory miejsca.

Ocena: 7/10


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *