Ben Howard to z pewnością jedna z postaci, która wpłynęła na moje muzyczne zainteresowania. Od momentu wydania płyty “Every Kingdom” obserwuję jego kolejne etapy kariery. Wokalista po trzech latach przerwy od ostatniego albumu powraca z nowym materiałem pt. “Collections From The Whiteout“. Tym razem czwarty krążek wokalisty to efekt współpracy z Aaronem Dessnerem znanym między innymi ze współpracy z Taylor Swift, która to zaowocowała nagrodą Grammy. To jednocześnie pierwsza taka okoliczność, kiedy Ben zdecydował się na kolaborację wykraczającą poza znane dotychczas grono współpracowników.

W zasadzie od pierwszego utworu można odczuć pokłosie tej współpracy. Mamy do czynienia z materiałem nieco bardziej eksperymentalnym niż miało to miejsce w przeszłości. Spokojne gitarowe kompozycje tym razem urozmaicono elektroniczną perkusją oraz syntezatorami. O ile w teorii brzmi to bardzo intrygująco, tak w praktyce niestety się nie sprawdziło. To nie jedyna zmiana, z którą mamy do czynienia. W porównaniu z ostatnim albumem Howarda “Noonday Dream” zmieniła się długość utworów. Piosenkarz przyzwyczaił słuchaczy do kawałków, które zazwyczaj oscylowały w okolicy 5 minut, niekiedy nawet przekraczały 7 minut. Na “Collections From The Whiteout” rekordzistą pod względem długości jest “What a Day” (5 minut i 17 sekund). Trudno mi się jednoznacznie wypowiedzieć czy to dobry ruch, ponieważ z debiutanckiej płyty bardzo dobrze wspominam “Only Love” oraz “Promise”, które znacznie różnią się między sobą długością, a mimo to oba utwory uważam za świetne.

Poziom “Collections From The Whiteout” można porównać do sinusoidy

Odnosząc się jeszcze nieco do struktury albumu, uważam, że panuje na niej spory chaos. Momentami byłem zaskoczony świeżością w brzmieniu np. w “Crowhurst’s Meme”, by dosłownie chwilę póżniej odczuć nudę. Jako plusy wymieniłbym “Far Away”, “Sorry Kid” i otwierające “Follies Fixture”, choć przyznam, że są to piosenki bardziej przyzwoite niż powalające. Wydaje mi się, że moje rozczarowanie budzi świadomość możliwości, jakimi dysponuje muzyk. Wokalnie wciąż mamy do czynienia z charakterystyczną barwą głosu, która potrafi wzruszyć, zaciekawić, ale też jak się okazuje nużyć. Pod względem tekstowym trudno się do czegoś przyczepić, bo w tej dziedzinie Ben Howard wypada zawsze bardzo dobrze. Problemem “Collections From The Whiteout” jest fakt, że wypada blado na tle “Every Kingdom” oraz “I Forget Where We Were”.

Ben Howard nie boi się eksperymentować i wychodzić poza charakterystyczne dla niego schematy

Mimo wymienionych uwag doceniam Bena za szukanie nowych inspiracji oraz eksperymentowanie. Ten materiał, choć momentami senny, to udowadnia, że wokal Anglika dobrze komponuje się w propozycjach akustycznych, ale także w elektronicznych wariacjach. Warunkiem sukcesu jest jedynie przemyślana koncepcja, której w tym przypadku niestety momentami brakuje. Odnoszę wrażenie, że taki mój odbiór wynika w głównej mierze z wysokich oczekiwań, które towarzyszyły mi przed wysłuchaniem tego krążka. Niemniej jednak “Collections From The Whiteout” nie zniechęca mnie do oczekiwania na kolejne produkcje Bena Howarda. Głęboko wierzę, że kolejne albumy skłonią mnie do napisania recenzji o powrocie na dawne tory.

Ocena: 5/10

Zobacz też mój ostatni artykuł: http://www.altermusic.pl/arlo-parks-collapsed-in-sunbeams/


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *